Mistrz świata, wielokrotny triumfator mistrzostw Polski i innych zawodów w nordic walking, pasjonat, trener, człowiek wielu dyscyplin. Tym razem naszym Ambasadorem GO Sport został Marcin Rosak, którego możecie śledzić na jego kanałach social mediowych: Facebooku oraz Instagramie. Dziś Paweł opowiada nam m.in. o tym, co doprowadziło go do miejsca, w którym jest obecnie i jak pracuje ze swoimi podopiecznymi.

GO Blog: Lista sportów, które uprawiałeś, jest dość długa. Opowiedz krótko o swojej drodze. Od czego i kiedy w ogóle się zaczęło?

Marcin Rosak: Było ciekawie. Najpierw sport wiązał się z podwórkiem, bo kiedyś na podwórkach grało się każdego dnia od zakończenia szkoły aż do chwili, gdy mama kazała wracać do domu, nierzadko tuż przed ciszą nocną. A na poważnie istotna była koszykówka, ta przygoda zaczęła się w podstawówce. Potem wybrałem liceum sportowe, a gdy skończył się tzw. kosz, spróbowałem nawet dziesięcioboju lekkoatletycznego. Dalej jeszcze miałem kilkuletnią przygodę z basketem w drużynie amatorów na studiach. Miałem też półroczne epizody z tenisem stołowym, ziemnym oraz aikido. Na studiach pojawił się AZS, byłem nawet w zarządzie tej organizacji, ale rola działacza jest raczej nudna. W końcu po studiach nastąpiła przerwa, urósł brzuszek i… w efekcie zaczęło się bieganie przez 11 lat. Zawsze byłem w ruchu, choć nigdy w niczym nie byłem mistrzem. Tzn. do czasu… (śmiech)

Przez wiele lat biegałeś, ale w końcu porzuciłeś ten sport na rzecz nordic walking. Co skłoniło Cię to tej zmiany?

Od początku biegania szukałem nowych rozwiązań treningowych. W domu na półce mam ponad 40 książek biegowych, często podchodziłem do nich krytycznie, eksperymentowałem, szukałem nowych metod treningowych. Z czasem widziałem, że niektóre moje pomysły są niebywale skuteczne, a przy tym nie mam kontuzji, co u biegaczy często jest powszechnym zjawiskiem, tylko tym nie wypada chwalić się na fejsie. W bieganiu miałem marzenie złamać 1:30 godziny w półmaratonie i 40 minut na dychę, potrzebowałem na to prawie 10 lat. Zrobiłem coś, o czym marzyłem, co mnie napędzało nawet wtedy, gdy byłem bardzo przeciętnym biegaczem. Nic już nie musiałem. Przy okazji wiele zmieniło się w moim życiu pozasportowym, przewartościowałem kilka spraw, przypadkowo pojawił się nordic walking i był to nowy cel. To było wyzwanie, bo bieganie dawno już przestało nim być. W bieganiu urywanie kolejnych sekund w rekordach życiowych odbywałoby się kosztem zdrowia, a tutaj było odwrotnie – kolejne rekordy pomagały zdrowiu.

Przeczytaj również  Dlaczego pływanie jest dobre dla kobiet?

Wielu osobom nordic walking kojarzy się ze spacerem z kijkami, tymczasem jest to dynamicznie rozwijająca się dyscyplina sportu, w której odnosisz sukcesy. Który z nich jest dla Ciebie najważniejszy?

Zdecydowanie mistrzostwa świata, które w zeszłym roku były w Polsce. Stawili się reprezentanci 14 krajów i było naprawdę niesamowicie. Ja startowałem na dystansie 21 km. Jeden z zawodników z Francji spóźnił się na start i finalnie z przychylną decyzją sędziów wystartował, gdy my byliśmy w połowie trasy. Dotarłem do mety, a potem odbierałem gratulacje, studząc entuzjazm koleżanek i kolegów, bo musieliśmy poczekać na wspomnianego Francuza. Ten szedł bardzo szybko i szczęśliwie dla mnie był drugi.

Jak NW rozwija się w Polsce i na świecie?

Dynamicznie. Obserwuję media społecznościowe, a za ich pośrednictwem nordic walkerów na całym świecie. Już nie dziwię się, gdy widzę powstające grupy w Japonii, Brazylii, Urugwaju, a nawet – uwaga – Iranie. Najczęściej przyświeca im rekreacja, a nie współzawodnictwo, ale wiem, że w tej dyscyplinie taka jest kolej rzeczy i następnym krokiem będą zawody. Szczególny wysyp imprez nordikowych widzę w Hiszpanii czy Rosji. W Polsce mamy naprawdę dużo ciekawych okazji do rywalizacji: mistrzostwa Polski rozgrywane są właściwie na każdym dystansie od 5 km do 42 km, a nawet dystansie ultra, do tego Puchar Polski, Korona Polski. Jest w czym wybierać i często są to imprezy mogące pochwalić się kilkusetosobową frekwencją.

Co dalej? Jakie masz plany, jeśli chodzi o nordic walking?

Ostatnio zająłem drugie miejsce w Międzynarodowych Mistrzostwach Polski w Półmaratonie Górskim, przegrałem trochę z samym sobą. Przed metą dopadł mnie drobny uraz i czuję lekki niedosyt, bo mogło być złoto. Mam nadzieję, że skuteczniej uda się powalczyć 6 kwietnia również na Mistrzostwach Polski tym razem na 42-kilometrowym królewskim dystansie maratonu (przyp. red. Marcin zdobył złoty medal i tytuł Mistrza Polski, rozmowa odbyła się wcześniej). A potem wiele innych startów w tym te rangi mistrzostw Europy, gdyż w tym roku nie ma w kalendarzu mistrzostw świata.

Oprócz tego, że sam uprawiasz sport, to ukończyłeś studia trenerskie i jesteś trenerem personalnym. Jakie to wyzwania?

Studia trenerskie musiały mnie dopaść, ponieważ chciałem zweryfikować moje metody treningowe. (śmiech) Chciałem dowiedzieć się, czy to co działa u mnie i u moich znajomych, jest czystym przypadkiem, herezją czy może skuteczną drogą. I właściwie wszystko się potwierdziło, nie znalazłem w tym herezji. Dziś umiem doprowadzić dowolną osobę w treningu biegowym czy teraz nordikowym do jego rekordów życiowych, obciążając zawodnika dystansem 40 km tygodniowo zamiast 80–100 km, jak proponują niektórzy trenerzy. Dzięki temu omijamy skuteczniej kontuzje, a poprawiamy rekordy. To niesamowita satysfakcja. Nie wiem, czy to jest wyzwanie, dla mnie to na pewno niesamowita przyjemność, gdy widzę osoby bijące swoje rekordy po tym jak np. wcześniej traciły motywację i wiarę w siebie.

Przeczytaj również  #AmbasadorGOSport – Nikola Bujak: w Polsce bardzo rozwija się kolarstwo górskie

Marcinie, życzymy Ci dużo satysfakcji na drodze trenerskiej i wielu sukcesów w karierze zawodniczej! Dzięki za rozmowę!

Comments

comments

Comments

comments