Zawodowo zajmuje się marketingiem, jest absolwentką kryminologii, a w wolnych chwilach oddaje się swojej pasji – jeździe na rowerze. Przeczytajcie naszą rozmowę z Niną, nową #AmbasadorGOSport, o tym, co najbardziej ją nakręca i daje energię na nowy dzień.

GO Blog: Nina, Twój rower tylko trochę przypomina to, czym jeździ przeciętny Polak. Możesz w kilku zdaniach wyjaśnić nam co to za sprzęt?

Nina Wawryszuk: Mam trzy rowery – moja szosówka Fuji Supreme 2.5 od dawna się kurzy i używam jej tylko do jazdy na trenażerze zimą. Pozostałe dwa rowery są przeznaczone do jazdy terenowej. Hardtail Orbea Alma służy do jazdy XC (crosscountry – przyp. red.) i treningów wytrzymałościowych w terenie. Dartmoor Blackbird Pro V1 to z kolei rower enduro, na którym ostatnio najczęściej można mnie spotkać. Jest przeznaczony do jazdy w górach, gdzie musi sprawdzić się podczas podjazdów (albo dać się znośnie pchać pod górę) i na zjazdach po korzeniach, kamieniach. Na hardtailu (rower tzw. sztywniak, tylko z przednią amortyzacją – przyp. red.) byłaby zdecydowanie mniejsza przyjemność z jazdy, a… szkoda dla stawów większa. Pamiętam swoje pierwsze podrygi w górach na sztywniaku, podczas których po prostu „telepało” na zjazdach z kamieniami, a łokcie przyjmowały na siebie każdy korzeń pod kołem. Teraz na rowerze o skoku 160 mm/160 mm moja jazda jest płynniejsza i przyjemniejsza, a lądowanie po skoku – mniej odczuwalne. Jest jeszcze wiele aspektów, o których trzeba wspomnieć, mówiąc o rowerach z tylnym zawieszeniem, ale to sprawa na oddzielny wywiad. (śmiech)

 

Jak oceniasz miejscówki rowerowe w Polsce? Jest gdzie pojeździć?

Myślę, że Polska nie ma się czego wstydzić. Jest gdzie się uczyć, podnosić umiejętności i testować sprzęt. Jeśli chodzi o MTB, warto wspomnieć o takich miejscach jak Enduro Trails Bielsko-Biała, Srebrna Góra Enduro Trails, Góra Żar, Bike Park Kasina… To typowe miejscówki, gdzie przygotowane są trasy różnej konstrukcji i poziomach trudności. Nie wszędzie potrzebny jest rower z tylnym zawieszeniem, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Są trasy flowowe i takie, na których nieźle wytrzęsie. (śmiech) Ostatnio miałam przyjemność być znowu w górach w Bielsku-Białej i Srebrnej Górze. Bardzo podoba mi się zróżnicowanie tras i dostosowanie do rowerzystów – jeżdżą tam zarówno spragnieni adrenaliny starzy wyjadacze, jak i mali kolarze, uczący się panowania nad rowerem i ćwiczący pierwsze skoki. Jednak by wybawić się na rowerze, nie trzeba jeździć aż do bike parków. Wystarczy… dobrze poznać swoją okolicę. Ja od wielu lat eksploruję pobliskie lasy wokół Mińska Mazowieckiego i poznałam już  sporo fajnych miejscówek, w których mogę znaleźć naturalne przeszkody czy atrakcyjne widokowo ścieżki.

Przeczytaj również  Wybieramy rower na komunię

 

Jakie są Twoje ulubione miejscówki treningowe?

Prawdziwe enduro tylko w górach – w bike parkach albo podczas enduro tripa. XC – lubię swoje okolice, mam tam ulubione trasy, pętle, odcinki, do których często wracam. Korzystam z tego, co mam na miejscu, ale na czas urlopu znikam w leśnym gąszczu. Ponadto do treningów można samemu sobie budować, usypywać różne przeszkody.

Jak dużo trenujesz? Robisz treningi uzupełniające poza jazdą rowerem?

Sezon trwa cały rok, tylko od pogody zależy, czy jeżdżę na trenażerze w domu, czy jadę w teren. Staram się jeździć ok. cztery razy w tygodniu. Czasem to typowe treningi z watami, a czasem wyjazd na miejscówkę i tam ćwiczenie np. techniki skakania.

 

Najciekawsze doświadczenie z rowerem?

Zdecydowanie trzytygodniowa wyprawa z sakwami przez Włochy, Słowenię i Chorwację w 2017 r. Spanie na dziko lub u gospodarzy, dostosowywanie się do zmiennych warunków (deszcze i wichury, kilka dni później upał), zwiedzanie, poznawanie niesamowicie gościnnych i miłych ludzi po drodze, sprawdzian fizyczny i psychiczny. No i piękne Alpy! Gdzie się nie oglądaliśmy – było po prostu malowniczo. Dolomity na żywo robią ogromne wrażenie. Cały opis wyprawy dostępny jest na stronie internetowej Mińskiej Grupy Rowerowej.

 

A najfajniejsze zawody, w jakich brałaś udział?

W ubiegłych sezonach zdarzało mi się startować w Cisowianka Mazovia MTB Marathon. To cykl, który bardzo lubię, a każdy start – nawet najsłabszy – jest najlepszym treningiem. Najlepiej wspominam cykl Pucharu Mazowsza 2018 w ramach Mazovii właśnie – cztery starty, a ostatecznie zajęłam III miejsce w swojej kategorii wiekowej. Była walka o podium na każdym etapie, różne warunki do jazdy, ale niezmiennie mocna konkurencja.
Bardzo podobało mi się współorganizowanie zawodów MTB razem z Małą Ligą XC w ubiegłym roku w Mińsku Mazowieckim. Nasze stowarzyszenia połączyły siły i udało nam się stworzyć naprawdę fajne wydarzenie. Brałam udział w przygotowaniu przeszkód na trasie, oznakowaniu jej, objeździe, a później sprzątaniu. Byłam w biurze zawodów, dekorowałam zawodników. Zobaczyłam to zupełnie od innej strony – to było ciekawe doświadczenie! Co więcej, zaowocowało dalszą współpracą i w tym roku współorganizujemy maraton MTB i wyścig XC.

Przeczytaj również  „Nic się nie stało…”, czyli nie zawsze było tak źle - największe sukcesy naszych na mundialach

 

Jak zaczęła się Twoja przygoda z rowerem i jak trafiłaś w miejsce, w którym jesteś?

Cyklozą zaraził mnie mój mąż Patryk w 2012 r. On już wtedy był dość zaawansowanym rowerzystą! Za mną już kilka lat nauki, tysiące kilometrów, przełamywania się, wycieczek, nowych znajomości. Poznaliśmy mnóstwo fajnych i zakręconych osób, z którymi założyliśmy wspólnie stowarzyszenie Mińska Grupa Rowerowa. I tak się od kilku lat wszyscy wzajemnie zarażamy tą cyklozą. (śmiech)

 

   

Co Nina Wawryszuk robi, gdy nie jeździ rowerem? Masz jakieś hobby poza dwoma kółkami?

Nie lubię siedzieć w domu – najchętniej spędzam czas aktywnie, na łonie natury. Czasem jednak nie ma wyjścia i trzeba zostać w domu – wtedy uruchamia się moja kreatywność. Lubię obrabiać zdjęcia, montować filmy, tworzyć różne małe rękodzieła. Rower to jedyne stabilne i regularnie pielęgnowane hobby, które jest ważną częścią mojego życia. (śmiech)

Nina, dzięki za rozmowę!

Comments

comments

Comments

comments