Kolarstwo, MTB, crosstriathlon, powroty do zdrowia po wypadkach na rowerze, zarażanie pasją do sportu najmłodszych – o tym wszystkim oraz planach na przyszłość rozmawiamy z Marcinem „Górnikiem” Górnickim, trenerem Warszawskiego Klubu Kolarskiego oraz zawodnikiem GO Sport AK Sped Team.

   

GO Sport:  Dwa lata temu uległeś poważnemu wypadkowi podczas wyścigu MTB, pół roku później ponownie wsiadłeś na rower. Czy chociaż przez moment miałeś takie myśli, żeby trochę „zwolnić”?

Marcin Górnicki: Do wypadku doszło 11 października 2015, a na rower wsiadłem równe pięć miesięcy po nim, czyli 11 marca 2016. Długo się zastanawiałem, jak to będzie wyglądać. Długo też nie mogłem się doczekać tego dnia. Po tak poważnym wypadku (złamanie sześciu wyrostków poprzecznych kręgosłupa, trzech żeber, łopatki, uszkodzenie kolana) w głowie kotłuje się dużo myśli. Mówisz sobie, że będziesz jeździł wolniej, spokojniej. Ba, zapewniasz o tym nawet swoich bliskich. To uczucie, kiedy wsiadłem na rower po wypadku, zweryfikowało jednak wszystko. Las, korzenie, szybkie zjazdy i podjazdy pierwszego dnia utwierdziły mnie w przekonaniu, że chyba jednak zagalopowałem się troszeczkę w tych obietnicach.

 

 

Czy po wypadku jeździsz tak samo ostro jak przed nim? Czy jednak pozostał jakiś ślad w psychice i trochę częściej chwytasz za hamulec lub wybierasz mniej ryzykowny tor jazdy?

Przede wszystkim po wypadku zwracam bardziej uwagę na innych zawodników. Staram się przewidywać ich zachowanie. Nie jechać za wszelką cenę. Mój wypadek nie był wynikiem mojego błędu. Jeździłem w zjeździe i jestem pewny swoich umiejętności technicznych. Wiem, gdzie mogę przycisnąć, gdzie wyskoczyć, gdzie ściąć zakręt. Wypadek spowodowany był niestety przez innego zawodnika, który zepchnął mnie z trasy. Potrafię częściej odpuścić. To są amatorskie zawody, a zdrowie czy życie mamy tylko jedno. Wiem też, że czasem jadę na krawędzi, na łeb na szyję jak choćby w czasie górskiej etapówki Bikeadventure w tym roku. Kamieniste single, dużo korzeni, strome zjazdy – czułem się tam jak ryba w wodzie, ale też wiedziałem, że między jazdą a twardym lądowaniem jest cienka granica. Na 240 km czterodniowego ścigania zaliczyłem tylko jeden przelot przez kierownicę. (śmiech) Po każdym wyścigu dzwonię też do rodziców, mówię, że wszystko jest OK. Podczas tamtego nieszczęśliwego wyścigu byli na mecie, której linię przekroczyłem w karetce pogotowia, pamiętam też, co wtedy przeżywali. Chcę, żeby jak najszybciej mogli odetchnąć z ulgą, gdy znajdę się na mecie. Wiedzą też, że szybko nie zrezygnuję ze ścigania.

Przeczytaj również  Strój do biegania zimą – na co zwrócić uwagę?

 

Zajmujesz się taką dyscypliną jak crosstriatlon. Jest to wyraz zamiłowania do terenu w każdej formie, czy kompletny brak zainteresowania szosą i asfaltem?

 

Mam nadzieję, że nie podpadnę triatlonistom odpowiedzią na to pytanie. W triatlonie tradycyjnym, poza poziomem wytrenowania, ogromne znaczenie ma sprzęt. To, czy masz kask aero, koła karbonowe, rower TRI, też jest ważne i znacząco przybliża cię do dobrego wyniku. Gdy uprawiasz crosstriathlon, tak naprawdę pływanie można porównać z tradycyjnym triatlonem. Cała reszta to zupełnie inna bajka, na dużo trudniejszym poziomie. Dziwię się czasem, jak słyszę od znajomych triatlonistów szosowych, że trasa na ich zawodach była trudna. Bo co może być trudnego w jeździe po asfalcie? OK. Stromy podjazd, szybki zjazd. Może po prostu tego nie rozumiem, bo trudność trasy postrzegam nieco inaczej. Dla mnie to strome zjazdy najeżone kamieniami wielkości telewizorów, korzeniami jak np. trasa na pucharze świata XTERRA, na której miałem okazję rywalizować w tym roku w niemieckim Zittau. Trudna trasa to też ta w szwajcarskim Champery, gdzie w 2008 roku jeździłem jeszcze na rowerze zjazdowym. Była tak trudna, że z kolegami zostawiliśmy rowery na górze i zjeżdżaliśmy na pupach od drzewa do drzewa… Teraz jestem pewien, że bym sobie z nią poradził.

Crosstriathlon to sport, w którym dużo zależy od twoich umiejętności technicznych i na tym też trochę zyskuję w stosunku do rywali. Na polskiej edycji XTERRA na trasie biegowej zawodnicy m.in. wspinają się po skałach… Gdyby szosowy triatlonista zobaczył coś takiego, z pewnością popukałby się w czoło i skwitował „No way”.

 

Kiedyś angażowałeś się w akcję wsparcia dla jednego z bikeparków w Warszawie. Czy jest w Polsce popyt na tego typu obiekty, czy to fanaberie małej grupy zapaleńców?

„Trasa dla mistrzów” był to projekt, który powstał z inicjatywy m.in. Warszawskiego Klubu Kolarskiego i zakładał budowę trasy MTB XC z prawdziwego zdarzenia. Sam pomysł budowy pojawił się przy okazji pozytywnej decyzji o organizacji mistrzostw Polski w kolarstwie górskim w Warszawie. Później ruszyła cała machina – zbiórka pieniędzy na portalu crowdfundingowym, budowa samej trasy. Ja sam miałem okazję być gościem Radia Kampus i programu telewizyjnego „Pytanie na śniadanie”, w których zachęcałem do wsparcia akcji. Dziś, w płaskiej Warszawie, możemy cieszyć się prawdziwą trasą cross country.

Przeczytaj również  Sportowe prezenty świąteczne do 100 zł

Co do popytu na takie obiekty. Fajnie, że ekstremalne wydanie sportu rowerowego w Polsce się rozwija. W Warszawie było sporo kultowych miejscówek do jazdy, które niestety zostały zrównane z ziemią. Mowa tutaj o miejscach, które ludzie z mojego pokolenia na pewno kojarzą: Agrykola, Gumiś, Trzynastka, Karowa, Czarniak, hopy za SGGW, czy nie tak dawno tor na Kopcu Powstania Warszawskiego. Coraz więcej miejsc do jazdy zostaje zalegalizowanych i bardzo dobrze. W Polsce powstają prawdziwe bikeparki jak te w Kasinie czy na Górze Żar. Podobnie jest w Warszawie w bikeparku Kazoora. Opiekująca się tym miejscem ekipa robi naprawdę dobrą robotę. Miejsce jest przyjazne rowerzystom, trasy są oznaczone, jest oficjalny regulamin. Coraz więcej jest również ogólnodostępnego sprzętu. Kiedyś rowery były bardzo drogie, w sumie dalej są, ale rozrósł się na pewno rynek tych używanych. Rowery, do których kiedyś wzdychaliśmy, teraz można kupić używane na portalach aukcyjnych w różnych wariantach kolorystycznych i rozmiarowych.

 

Po kilku latach pracy w szkole i teraz jako trener w WKK masz doświadczenie w pracy z dziećmi. Jak zachęcić, przekonać dzieci do sportowej jazdy na dwóch kółkach i co to według Ciebie daje?

Dzieciakom trzeba pokazać, że zajawka na sport jest świetnym sposobem na spędzanie czasu. Jest też wspaniałym sposobem na zawiązywanie wieloletnich przyjaźni, co widzę chociażby na swoim przykładzie. A jak zachęcić? Dziecku trzeba dać też wybór. Nie może być tak, że coś mu narzucamy, bo wtedy łatwo jest je zniechęcić. Nieskromnie powiem, że ci, którzy wpadają do mnie na pierwszy zapoznawczy trening, już ze mną zostają. Oni mają tendencję do eksperymentowania.
Przykład: W szkole prowadziłem kiedyś zajęcia z koszykówki. Przychodził na nie 11-letni pływak startujący w mistrzostwach Polski. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałem się, że zrezygnował z pływania na rzecz koszykówki. Później niestety zamienił koszykówkę na… serial telewizyjny, który był w czasie moich zajęć. W WKK panuje swego rodzaju rodzinna atmosfera. Podopieczni, mimo że niektórzy mają po dziewięć lat, zwracają się do mnie po imieniu. To też jest na początku coś nowego dla nich, ale buduje więź z trenerem. Czasem mam wrażenie, że poza trenowaniem ich jestem dla nich kimś w rodzaju bratniej duszy, spowiednika, zwracają się z różnymi problemami, a mi mogą wygadać jak najlepszemu kumplowi. Szanuję to, zawsze staram się pomóc i nie zawieść ich zaufania.

Przeczytaj również  Oczyszczanie organizmu sportowca – co jeść?

 

Cape Epic to wyścig marzenie dla wielu kolarzy, również Twoje, ale niewiele osób wie, co to jest. Przybliżysz nam w kliku słowach tę imprezę i powiesz, kiedy planujesz start?

Cape Epic to najsłynniejszy, a zarazem najtrudniejszy wyścig etapowy na świecie. Rozgrywany jest w Afryce i trwa siedem dni, a do przejechania jest około 700 km i ponad 15 000 m przewyższenia. Te liczby na pewno robią wrażenie.

Skoro już padło to pytanie, to powiem, że planujemy start (jeśli się zakwalifikujemy) na rok 2019. Dlaczego używam liczby mnogiej? Bo to wyścig w dwójkach (około 600 dwuosobowych zespołów, w tym prawdziwe gwiazdy MTB). Mój serdeczny kumpel Daniel „Młody” Marciniak jakoś na początku roku powiedział mi o tym pomyśle i zapytał, czy byłbym chętny. To oczywiście wyścig, do którego nie można podejść z marszu. Ze względu na lokalizację i wysokie wpisowe kosztuje naprawdę dużo. Mamy jednak nadzieję, że jak już będzie decyzja, że się dostaliśmy, to uda nam się zebrać potrzebne fundusze i ruszyć na tę egzotyczną przygodę. Ponoć jak się bardzo chce, to można. (śmiech)

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia! Trzymamy wszyscy kciuki!

Comments

comments

Comments

comments