O tym, skąd wziął się rower w jej życiu, czym jest dla niej kolarstwo torowe, jakie ma plany i marzenia na przyszłość i dlaczego jej syn woli dojeżdżać do szkoły samochodem, rozmawiamy z Dorotą Rajską, mamą, informatykiem i mistrzynią Polski w kolarstwie torowym.

Po pierwsze, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet [rozmowa odbyła się 8 marca, przyp. red.], a po drugie, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Rudych, bo przecież masz śliczne rude włosy. Doroto, zaryzykuję stwierdzenie, że kolarstwo torowe to Twoja pasja…

Dorota: Myślę, że teraz można już tak powiedzieć.

Powiedz mi, proszę, jak zaczęła się Twoja przygoda z kolarstwem w ogóle, kiedy miałaś pierwszy kontakt z dwoma kółkami?

Po raz pierwszy, gdy byłam bardzo mała, ale moja przygoda wyścigowa zaczęła się w 2010 roku, gdy zaczęłam ścigać się w maratonach MTB.

Zanim zaczęłaś się ścigać, to wcześniej jeździłaś na rowerze.

To prawda, jeździłam, ale wcześniej to nie było pasją. To było po prostu jeżdżenie na rowerze.

Górski, szosowy?

Zwykły rower, górski.

Jeździłaś rowerem zamiast samochodem lub komunikacją miejską?

Również, jeździłam dla przyjemności, spędzałam czas na rowerze. Gdy myślę o swoim życiu przed ściganiem, to faktycznie rower zawsze był w moim życiu, zawsze był bardzo ważny, zarobione pieniądze często inwestowałam w rowery lub coś z nimi związanego.

To w którym momencie zaczęła się przygoda ze sportem, ściganiem? Czy był jakiś impuls?

Oczywiście, że był. Do ścigania namówił mnie kolega z pracy, do której regularnie przyjeżdżałam na rowerze. Zapytał mnie, dlaczego nie wystartuję w maratonie MTB i tak się zaczęła moja kolarska przygoda. To był 2010 rok, przestałam się wtedy wspinać ze względu na brak czasu, chciałam poświęcić go więcej dziecku, które pojawiło się w moim życiu.

Dzisiaj Twój syn jest już ciut starszy i do szkoły przyjeżdża na rowerze razem z Tobą, po czym Ty na rowerze jedziesz do pracy.

To prawda. Przy czym mój syn nie jest kolarzem, jest piłkarzem lub raczej aspiruje do tego, by nim być, ale w kwestii transportu po prostu nie ma wyjścia. Wydaje mi się, że w pewnym momencie za bardzo go przycisnęłam do kolarstwa i trochę się zniechęcił . Jeździ, bo musi, nie robi mi z tego powodu wyrzutów, ale gdyby mógł jechać samochodem, to pewnie wybrałby tę drugą opcję.

Dorota Rajska
Dorota Rajska

Wróćmy do 2010 roku i pierwszego startu w maratonie MTB. Trema, adrenalina, ekscytacja? Jakie uczucia?

Oj tak! Duża trema, duży stres. A jeszcze na stopa wzięłam do auta doświadczoną zawodniczkę, a ja taki świeżaczek. Ale i tak od razu wystartowałam w długim dystansie, czyli ponad 65 km. Wyszłam z założenia, że skoro jadę samochodem prawie 200 km, to nie po to, żeby wystartować na dystansie krótszym niż ten, który codziennie pokonuję do pracy i z powrotem. Co ciekawe, wtedy po raz drugi w życiu miałam na nogach SPD-ki, wszystko było nowe, trasę pokonałam w cztery godziny i z pełnym przekonaniem, że OK, było fajnie, ale raczej więcej tego nie zrobię. I tak przez kolejne siedem wyścigów… (śmiech) Coś mnie ciągnęło do tych startów. I nadal ciągnie.

Przeczytaj również  Co zabrać na bieg ultra? Pobierz checklistę!

Kiedy przyszedł pierwszy sukces? Coś, co niekoniecznie było wynikiem sportowym, ale był to sukces dla Ciebie.

Mój pierwszy puchar i pierwsze podium. To nie był wielki maraton typu Mazovia czy Poland Bike i konkurencja nie była duża, ale właśnie tam na maratonie śp. Marka Galińskiego wygrałam swój pierwszy puchar.

To było już w pierwszym roku startów?

Nie, co najmniej w drugim. Wiąże się z tym jednak pewna historia. Ukradziono mi rower, który szykowałam sobie długo na tamten sezon. Przesiadłam się więc na 29-era i od tamtej pory zaczęłam regularnie wygrywać. I szybko moją ambicją stało się wygrywanie nie w kategorii wiekowej, lecz w open.

Kiedy w Twoim życiu pojawił się inny rower niż górski?

Lipiec 2016 roku… Ale jeszcze wcześniej były tor i ostre koło.

No właśnie, rozmawiamy w Dzień Kobiet, jest godzina 21, a my jesteśmy na torze kolarskim, gdzie wkrótce po całym dniu pracy zaczniesz organizowany przez Ciebie trening…

Tak! Pierwszy raz na tor trafiłam jakieś trzy lata temu, ale tak po prostu kibicować. A w ogóle o torze wiedziałam stąd, że gdy go budowano, to mój tata montował tu wentylację. Zakochałam się w tym torze, odkryłam kolarstwo torowe i całkowicie wsiąkłam. Te środowe treningi, o których mówisz, to jest moje dziecko, ja je organizuję…

Czyli do całej listy zajęć i obowiązków możemy jeszcze dopisać „kaowiec”. Przyszłam na tor służbowo…

Tak, przyszłam na tor służbowo, ale całkowicie łączy się to z pasją! Z tym wiąże się jeszcze jedna rzecz, którą robię, moja inna pasja – prowadzenie fanpage’a o kolarstwie torowym. To miała być strona o kobiecym kolarstwie torowym, czyli jak ktoś kiedyś powiedział, „nisza w niszy”. Kobiet na torze jest zdecydowanie za mało, dlatego tworzę fanpage, którego tematem jest właśnie kolarstwo torowe. Zawsze, choćby z zapałkami w oczach, ale zawsze znajdę czas, by coś napisać, bo bardzo to lubię.

Przeczytaj również  3-5-2 i inne formacje piłkarskie

To jak to jest na tym torze? Przesiadka z roweru górskiego na ostre koło?

To nadal kręcenie nogami i chyba chodzi o ten ruch. To on sprawia mi ogromną przyjemność, relaksuje mnie, poprawia mi humor. Kolarstwo torowe jest dla mnie kwintesencją kolarstwa. Jest to ogromny wysiłek, ale dzięki temu wspaniałe oczyszczenie głowy!

Tor kolarski, rower górski, ale jest też szosa

Tak, to moje najnowsze dziecko, ubiegłoroczny zakup i mam już pierwszy start za sobą, ale w tym roku zdecydowanie będzie więcej szosy. Jest to piękna forma kolarstwa, zupełnie inna niż MTB i bardziej pasująca tu na Mazowszu. Kolarstwo nizinne. (śmiech)

Wspinaczka, kolarstwo we wszystkich odmianach, ale był w Twoim życiu jeszcze jeden sport.

Serio? Nie…

Poszukaj w pamięci…

Ojej, sztuki walki, taekwondo w liceum, gdy mieszkałam w Kanadzie. Taekwondo było moim pierwszym sportem. Miało ogromny wpływ na moje młodzieńcze lata. Sport zrobił dużo dobrego mojej głowie, pozwolił odnaleźć się jako nastolatce, szczególnie na emigracji, ale wraz z końcem liceum moja przygoda z tą dyscypliną się zakończyła.

Co uważasz za swój największy sukces sportowy?

Ojej, jest kilka. Ubiegłoroczne Mistrzostwa Polski Masters w kolarstwie torowym, gdzie wygrałam cztery z sześciu konkurencji, a obstawa wyścigu choć mała, to mocna. Ale też już w tym roku drugi etap zimowej Mazovii, który wygrałam z ponad 10-minutową przewagą nad kolejnymi zawodniczkami [Dorota wygrała też klasyfikację generalną całego cyklu – przyp. red.]. To był ogromny sukces. Ale taki osobisty sukces, bez medali to pokonanie krótkiego dystansu Sudety MTB Challenge.

Biegłem po trasie tego wyścigu i to nie może być przyjemne.

Przyjemne to jest i to bardzo, ale trochę boli… I to chyba jest mój największy sukces, zwłaszcza że, jak mówisz, ja jestem pracującą za biurkiem mamą, mieszkającą w Warszawie, nie trenuję w górach, więc pojechanie w góry i zrobienie dwa dni z rzędu po 60–70 km z przewyższeniami powyżej 2000 m to jest coś. Skończyło się bez pucharów, ale samo to, że ukończyłam, że się nie wycofałam! I bałam się, bo były burze w planach, wizja, że ja gdzieś na grani i dookoła będą walić pioruny – to było ciężkie psychicznie. Zwłaszcza że znajomi zaczęli rezygnować. Nie pojechałam tam, żeby się wycofać, ale psycha siadała. Byłam, przejechałam, przeżyłam i chyba nigdy nie byłam taka szczęśliwa.

Przeczytaj również  Efektywny trening w 9 minut? Zobacz wideo od #AmbasadorówGOSport!

Myślisz o Tour de Pologne amatorów?

Zapisałam się na Tatra Road Race.

No, nie wiem, czy to nie cięższy wyścig niż Tour de Pologne.

O Tour de Pologne słyszałam, że może być niebezpiecznie. Zapisałam się na Tatra Road Race – jak to ja – na długi dystans, bo nie jadę na drugi koniec Polski po to, by przejechać 60 km, czyli tyle, ile przeciętny trening.

Co dało Ci kolarstwo?

Oooo… Ile mamy czasu na odpowiedź? (śmiech) Kolarstwo dało mi bardzo dużo. Osobiste szczęście, radość z dnia codziennego. Dało mi całą masę przyjaciół. Możliwość robienia tego, co lubię, odkrywania siebie. Odkryłam, że lubię pisać. Daje mi dużo pomysłów, jak mogę zrobić coś fajnego, komuś pomóc, sprawić komuś przyjemność. Daje mi satysfakcję, że ci ludzie mogą tu przyjść i pojeździć na torze, bo im to zorganizowałam – to jest ogromna satysfakcja! Daje mi… Wszystko. Wszystko. To jest tlen dla mnie.

Czy zaryzykowałabyś stwierdzenie, że dzisiaj kolarstwo to Twoje życie?

Gdybym nie miała dzisiaj kolarstwa, to moje życie byłoby bardzo puste i samotne.

   

Jakie masz jeszcze plany, marzenia? Co jeszcze wyciągniesz z rękawa?

Moim marzeniem jest porządnie kiedyś pozjeżdżać, czyli rower downhillowy i szkolenie od prawdziwego zjazdowca, żeby pokazał mi, jak płynnie, fajnie zjeżdżać. To mi się marzy. I szosa. Szosa też.

Ostatnie pytanie. Jak zachęcisz ludzi, dziewczyny, do kolarstwa, do ścigania się?

Głęboko wierzę, że każdy ma coś swojego, co go kręci. Do kolarstwa trzeba namawiać tych, co chcą. Mnie kolarstwo daje dużo radości. Odstresowuję się. Bardzo często jadę do pracy i myślę sobie, że nie wierzę, że to jest moje życie codzienne. Że nie jestem w filmie, na wakacjach. Jejku, jak tu jest przepięknie, dlaczego ci biedni ludzie stoją w korkach, skoro można wsiąść na rower. Dzięki temu, że mam rower, mój dzień jest lepszy.

 

 

[optin-cat id=”100″]

Comments

comments

Comments

comments