Poznajcie: Jakub Treć pracuje w GO Sport w CH Malta w Poznaniu jako sprzedawca działu obuwie.
Biega długie dystanse. Kiedyś trenował, dość długo, bo aż przez 9 lat piłkę nożną. Studiuje na AWF w Poznaniu. Interesuje się dziennikarstwem sportowym, prowadzi swojego bloga o piłce nożnej. Przeczytajcie jego relację z jego startu w Maratonie w Paryżu!

BONJOUR, czyli dzień dobry, Francjo!

Mam na imię Kuba. Je’m apelle Kuba. Jestem studentem II roku na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Wybrałem kierunek wychowanie fizyczne, ale – wbrew pozorom – moim planem na życie nie jest bycie nauczycielem wuefu. Owszem, moje życie od samego początku nieustannie wiąże się ze sportem. Pewnie dlatego też postanowiłem złożyć swoje jakże barwne CV do firmy GO Sport. Cieszę się, że reprezentuję zielono-czarne barwy.

   

 
Sportem zaraził mnie tata i od tego czasu aktywność fizyczna stała się nieodłączna w moim życiu. Przez dziewięć lat trenowałem piłkę nożną z mniejszymi i większymi osiągnięciami. Gdy zakończyłem przygodę z futbolem, zapisałem się do lekkoatletycznego klubu sportowego Zantyr Sztum – w mieście leżącym na Pomorzu, z którego pochodzę. W styczniu tata zaproponował mi start w gdańskim maratonie, a ja, mimo obaw, podjąłem wyzwanie. Dotychczas miałem ukończony VII poznański półmaraton. W Gdańsku był ze mną tata, dzięki czemu czułem się bardziej komfortowo. Stres, jaki towarzyszył mi przed startem, jest trudny do opisania – nie był on tyle paraliżujący, ile nadzwyczajnie w świecie obcy. Najdłuższy dystans, jaki do tej pory udało mi się przebiec, wynosi 30 kilometrów (tyle zrobiłem na treningu). Dystans 42 kilometrów, jaki był przede mną, naprawdę robił wrażenie. Wbrew wszelkim obawom maraton ukończyłem z niezłym czasem 3 godzin, 23 minut i 50 sekund. Brak większych kryzysów na trasie i brak bólu po biegu pozwoliły mi zacząć myśleć o kolejnych, ambitniejszych celach. Mianowicie zacząłem jeszcze więcej biegać na treningach. Muszę dodać, że dla mojego taty był to 29. maraton. Ten okrągły 30. tata zaplanował przebiec we Francji.

 
Pracując już w GO Sport, zaopatrzyłem się w dobrej jakości odzież biegową i nowe buty spełniające wszelkie kryteria startowe. 4 września wystartowałem w półmaratonie iławskim, gdzie pobiłem kolejny rekord życiowy. Czas 1 godzina i 27 minut sprawił, że pełen nadziei wyczekiwałem daty 18 października. Na ten dzień był zaplanowany maraton Seine Eure we Francji.

 

16 października 2015 – dwa dni przed startem

Rankiem wyruszyliśmy na lotnisko, a już wczesnym wieczorem byliśmy na miejscu w Val de Reuil (ta normandzka miejscowość i Sztum są miastami partnerskimi. Francuzi cyklicznie przyjeżdżają do Polski na majówkę i Bieg Solidarności).

 
Zostaliśmy zakwaterowani w drewnianych domkach leżących nad jeziorem. Trzeba przyznać, że okolica była urokliwa – lasy i jeziora stanowiły doskonałe miejsce na odpoczynek w ciszy i spokoju. Po rozpakowaniu toreb część zawodników postanowiła zrobić krótką przebieżkę. Ja ostatni trening odbyłem dzień wcześniej. Miało to na celu pełną regenerację organizmu oraz nabranie świeżości przed startem.

Przeczytaj również  Pomiar tętna u biegacza: jak je mierzyć i czy w ogóle warto zwracać na nie uwagę?

 
Merostwo Val de Reuil słynie z gościnności, o czym miałem okazję się przekonać. W dzień przyjazdu odbyło się oficjalne przywitanie, podczas którego podano pyszną kolację z bagietkami i serami, i… lampką wina.

17 października 2015 – jeden dzień do startu

W sobotni poranek przy wspólnym śniadaniu razem z prezesem klubu rozmawialiśmy o planach każdego z zawodników przed niedzielnymi zawodami. Na dziesięciu startujących połowa przyjechała do Francji z jasnym celem – ustanowienia nowego rekordu życiowego. Jak się później okazało, plany zostały zrealizowane. Ja również przyjechałem z zamiarem pobicia czasu 3 godzin i 10 minut.

 
Po sytym śniadaniu postanowiliśmy pójść na spacer, pozwiedzać okolicę, w tym m.in. przystań nad jeziorem oraz śluzę łączącą dwie rzeki. Wieczorem wybraliśmy się na mszę do pobliskiego kościoła (odprawianą oczywiście w języku francuskim). Na koniec mszy ksiądz spytał nas, skąd jesteśmy i co tu robimy. Moja podstawowa znajomość języka francuskiego pozwoliła mi odpowiedzieć na pytania księdza. Po mszy czekała nas wspólna kolacja z zawodnikami z innych miast partnerskich, m.in. z angielskiego Workington. Żeby nikt nie myślał, że w przeddzień maratonu zawodnicy przesadnie korzystali z narodowego trunku Francji, czyli wina, powiem, że było bardzo kulturalnie. Widoczna była spora koncentracja na twarzach zawodników. Jeszcze tylko krótkie rozmowy, małe toasty i trzeba było iść spać, ponieważ pobudkę zaplanowano na godzinę 6 rano.
 

18 PAŹDZIERNIKA 2015 – dzień startowy

To już dziś! To zaraz! Podejrzewam, że większość zawodników przywitała dzień właśnie tymi słowami. Bieg rozpoczynał się o godzinie 9, zatem szybkie śniadanie i podstawionymi busami udaliśmy się na miejsce startu. Pogoda okazała się łaskawa. Temperatura oscylowała w granicach 8–9 stopni powyżej zera, zatem aura była bardzo sprzyjająca. Na starcie w gotowości ustawieni byli tzw. pacemakerzy, czyli zawodnicy biegnący na określony czas. Każdy z nich miał przypięty balonik innego koloru. Ja ustawiłem się za zawodnikiem z balonikiem zmierzającym na czas 3 godzin. Wiedziałem jednak, że moja forma nie pozwoli mi wytrzymać tego tempa przez cały dystans. Tak jak przewidywałem, z balonikiem biegłem przez pierwsze 3 kilometry, następnie zwolniłem, aby nie stracić od razu zbyt wielu sił. Cały czas jednak utrzymywałem równy dystans, co dawało mi nadzieję na to, że może się udać. Mniej więcej od 5. kilometra biegłem razem z Francuzem o imieniu Benoit. Jego równe tempo bardzo mi odpowiadało i tak biegliśmy razem aż do 25. kilometra. Później Benoit przyspieszył, ja nie wiedziałem do końca, na ile mnie stać tego dnia. Wiadomo, że wszelkie ryzyko podjęte w takich sytuacjach może okazać się błędem. Na półmetku, czyli po 21. kilometrze, miałem czas 1 godzina i niecałe 33 minuty.

Przeczytaj również  Szybkość dla początkującego biegacza

 
W głowie rodziło mi się mnóstwo pytań: Czy ukończę bieg? Czy dam radę i z jakim skutkiem? Po co tak naprawdę biegnę? Jak daleko jeszcze do mety? Pozostanie sam na sam ze swoimi myślami nie jest łatwe. Psychika tworzy największe blokady, które mogą wpłynąć na końcowy efekt. Ale to ona pomaga wygrać. Ktoś, kto potrafi się totalnie wyłączyć, może czerpać radość z biegu, z kibiców, którzy dopingują, z widoków na trasie. Maraton to wielka próba charakteru i w momencie kiedy uda się tę próbę przezwyciężyć, codzienne problemy i zmartwienia przestaną być tak wielkie. Może właśnie w tym tkwi ten paradoks, ta magia maratonu. Wbrew logice człowiek po maratonie staje się dużo silniejszy i odporniejszy w codziennym życiu. Podczas przygotowań do maratonu często można usłyszeć, że wystarczy zrobić na treningu 30 kilometrów, wówczas powinniśmy poradzić sobie z dystansem 42 kilometrów. Chociażby tutaj widoczna jest pewna niespójność. Przecież 30 kilometrów to sporo, zatem skąd mam mieć siły jeszcze na ponad 12 kilometrów? To pytanie nieraz zadawałem sobie przed pierwszym startem. Usłyszałem odpowiedź, że te pozostałe 12 kilometrów biegnie się siłą woli, dzięki euforii oraz towarzyszącej jej adrenalinie. Z pewnością element rywalizacji, którego nie ma na treningu, oraz doping kibiców także znacząco wpływają na pokłady energii.

 
Mówi się, że maraton zaczyna się od 30. kilometra, wówczas czując stan swojego organizmu, można zdecydować, czy przyspieszać czy może jednak zwolnić. Szczerze mówiąc, czułem się bardzo dobrze, więc zacząłem przyspieszać na każdym kilometrze o jakieś 5 sekund. Jeśli chodzi o magię 30. kilometra, to coś w tym jest. Podczas tego maratonu można było zaobserwować kryzysy u wielu zawodników, część z nich musiała zejść z trasy, części z nich nogi odmówiły posłuszeństwa, a tych najbardziej czujących ból musiało zabrać pogotowie. Mając te obrazki gdzieś z tyłu głowy, musiałem hamować swoje zapędy, tym samym utrzymując stałe, równe tempo.

 
Muszę także zwrócić uwagę na zachowanie kibiców na trasie (a tych było całe mnóstwo). Jest to naprawdę niesamowite, że doping może dać zawodnikowi tyle energii. Nie mniej dawały również żele, które regularnie przyjmowałem co 5 kilometrów. Nie będzie to – mam nadzieję – odebrane jako reklama, natomiast byłem zaopatrzony w żele firmy ALE, czyli tej, którą GO Sport ma w ofercie. Wybrałem je, ponieważ były sprawdzone i przetestowane przeze mnie na poprzednich zawodach oraz podczas treningów. Rzeczywiście jest tak, jak reklamuje producent – żele nie są za słodkie i na tyle płynne, że wystarczy popić je zaledwie łykiem wody. Poza tym po żel, który zawiera kofeinę, warto sięgnąć na końcu biegu, tzn. na 35. kilometrze, bo szybko się wchłania i pobudza organizm na ostatnim najtrudniejszym etapie maratonu.

Przeczytaj również  #AmbasadorGO Sport - Karol Poszalski: świetną metodą przygotowania się do zimy jest bieganie

 
Podczas biegu nieustannie przeliczałem swój czas, obawiając się, że mogę nie osiągnąć założonego celu. Tak naprawdę moment, w którym wiedziałem, że ukończę maraton, w dodatku w lepszym czasie, niż zakładałem, pojawił się na ostatnim kilometrze. Wówczas wiedziałem, że zostało naprawdę niewiele, że trzeba dać z siebie wszystko. Jedyne, czym zawracałem sobie głowę, było miejsce w kategorii młodzieżowca. Bardzo chciałem w niej zwyciężyć, m.in. dlatego, że nagrodę przewidziano tylko za pierwsze miejsce. Co prawda przed rokiem wygrał chłopak z czasem 3 godzin i ponad 20 minut, ale obawiałem się, że niespodziewanie może pojawić się inny faworyt.

 
Żeby już nie zanudzać opowiadaniami, powiem, że wyścig zakończył się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Czas, jaki uzyskałem, to 3 godziny 7 minut i 58 sekund. Zatem poprawiłem się w stosunku do poprzedniego maratonu o blisko 16 minut! Biorąc pod uwagę to, jak ciężko jest nieraz poprawić wynik o minutę, byłem naprawdę szczęśliwy. Mimo tego że w kategorii – według moich wcześniejszych przypuszczeń – byłem jedynie drugi, przybiegając 5 minut za zwycięzcą, to satysfakcja jest niesamowita. Polecam każdemu sprawdzenie się na tym dystansie, oczywiście, jeśli ma się taką możliwość.

Duma i radość przepełniały mnie także z tego powodu, że tata przebiegł tego dnia swój okrągły 30. maraton, za co należy mu się szacunek. Myślę, że niełatwo będzie go przegonić pod tym względem.

Po kilkugodzinnej regeneracji spotkaliśmy się z władzami Val de Reuil oraz innych miast partnerskich. Cieszy również fakt, że wszyscy zawodnicy z klubu, którzy jechali z zamiarem pobicia rekordu życiowego, zrealizowali plan.

Rankiem wyruszyliśmy w kierunku lotniska. Piszę „w kierunku” z tego względu, że po drodze zatrzymaliśmy się w dwóch miejscach. Najpierw mistrz Europy w biegach przełajowych na 10 kilometrów Mokhtar Benhari pokazał nam piękną halę lekkoatletyczną oraz stadion. Hala w Val de Reuil jest jedną z dwóch największych we Francji. Następnie zatrzymaliśmy się, aby zobaczyć zamek wybudowany przez Ryszarda Lwie Serce. Stamtąd udaliśmy się już na powrotny lot do Polski. Cały wyjazd można ocenić bardzo pozytywnie, a co do maratonu… w przyszłym roku chciałbym „zejść” poniżej 3 godzin. Aby tak się stało, trzeba jeszcze mocniej trenować. Merci Beaucoup!

 

Comments

comments

Comments

comments